Kiedy napisałeś książkę, ale potężne wydawnictwa milczą

Kiedy napisałeś książkę, ale potężne wydawnictwa milczą

Co kiedy chcesz wydać książkę? Oczywiście uderzasz do wydawnictw. Co dalej? Dalej... czekasz. Czekasz. Czekasz... I to nie jest nic dziwnego, ani żadna tajemnica.

Można wejść na stronę internetową dowolnego wydawnictwa i dokopać się do jakiegoś odnośnika dla twórców. A samo to może być trudne.

Kiedy wreszcie uda się zdobyć jakiś kontakt, mail, numer telefonu itd, zazwyczaj obok odczytasz następującą informację:
"Wyślij nam co masz i być może w przeciągu trzech miesięcy odpiszemy, a jak nie, to znaczy, że nie jesteśmy zainteresowani" Możesz też zadzwonić, albo napisać, ale powiedzą ci nie więcej niż to, co sam wyczytasz.

Można też czasem znaleźć dodatkowe pomniejsze wymagania jak:
"Wyślij nam całość, albo nie pisz"
"Wyślij nam pierwszy akt"
"Wyślij nam streszczenie"
itd.

No fajnie. Będziesz się miesiącami zastanawiał, czy w ogóle ktoś twojego maila odczytał. Spoko.

ALE ODPISUJĄ! Niektórzy. Co wtedy?

Zazwyczaj odpowiedzią jaką otrzymujesz jest... kosztorys. Tak. Te wydawnictwa które odpiszą, mają bliźniacze wręcz szablony maili jakie wysyłają. Informacje z tego co ci zaoferują wyglądają mniej więcej tak:
- Profesjonalna korekta i to podwójna (Poprawimy ci błędy ortograficzne, składniowe itp. itd.)
- Łamanie tekstu (tak, żeby akapity, nagłówki i inne takie estetyczne rzeczy się zgadzały)
Profesjonalna okładka (możesz wybrać sztywna, miękka, a nawet pokazać szkic jaki sobie wymarzyłeś.
Magazynowanie (Przechowają ci twoje książki. Czasem nawet podają na jak długo)
Dostęp do dużych i popularnych bibliotek (Wymieniają księgarnie i inne firmy co książki sprzedają.)
- Pomoc w zrobieniu e-booka (Nawet twoją książkę na e-booka przerobią)
- To twoje książki i twoje prawa autorskie. (Wyślą ci tyle twoich książek ile będziesz chciał i będziesz miał wszystkie prawa autorskie)
- Sam umieścisz cenę na okładce (Nie będą ci wmawiać ile warta będzie twoja książka)

No dobra. Brzmi super. Ale... Sprzedaż? O tym za chwile :)

Zaraz potem wywalają ci kosztorys. I w drobnym uproszczeniu wygląda to tak. Im więcej zamówisz, tym mniej za sztukę zapłacisz. A potem se możesz jeszcze domawiać ile chcesz i te domówione egzemplarze będą tańsze. No ok. To ile tak mniej więcej by trzeba było zapłacić za pierwszy nakład?

Jeszcze chwila. Bo przecież chcemy na swojej książce coś zarobić prawda? Ile można zarobić na książce? Znowu. Tutaj jest ogrom skomplikowanych obliczeń, podatki itd. Jeszcze w zależności od rodzaju współpracy. ALE, dwie informacje są niezmienne.
1. Jeśli nie jesteś znanym nazwiskiem tzw. „pewniakiem" Musisz sam zapłacić za produkcję.
2. Znani twórcy, co do których jest pewność, że książki się sprzedadzą, nie muszą płacić. Mogą napisać książkę i tylko dostawać tantiemy ze sprzedaży.
3. Mniej znani lub w ogóle nie znani twórcy praktycznie nie mają szans na taki układ. Zostaje ci "self publishing"

Self Publishing używa określenia w stylu: „większe ryzyko, ale też większa korzyść". No dobra. To jaka jest ta korzyść? Większy procent od sprzedanej książki trafi do autora. Jaki procent? Większy. Ale będąc wyjątkowo upartym. JAKI?!

Łatwo znaleźć informację o 75%. Niby spoko, ale to brednia. Na upartego można się dokopać jak nazywają się poszczególne ceny i cena okładkowa nie bardzo jest ceną sprzedaży, dochodu, jest jeszcze cena jakaś tam i jeszcze inna i tak dalej, no i opłaty i forma sprzedaży i tak dalej. Jest tego sporo i już tutaj łapie lekki nerw, ale kurwica jeszcze przed nami.

W naprawdę OGROMNYM skrócie wygląda to mniej więcej tak, że zysk z tak zwanego tradycyjnego wydawnictwa, gdzie nie trzeba ponosić kosztów, zysk może wynosić w okolicach 8-10% ceny okładkowej. A raczej 5%. A w wydawnictwach typu Self Publishing? realnie około 33%. A raczej mniej. Tym bardziej, że całkiem pokaźna liczba sklepów stosuje praktyki w stylu... jak by to zgrabnie ująć... "My nie sprzedajemy twoich książek. My, w naszym sklepie, wynajmujemy tobie półkę, na której będą stały i musisz nam za to zapłacić". Fajnie co?

No to wracamy do kosztorysu. Kiedy wreszcie przyjdzie tak upragniony email z odpowiedzią od jakiegoś wydawnictwa i dojdzie do momentu kiedy dostaniesz kosztorys, szybko policzysz, że za wyprodukowanie JEDNEJ papierowej książki, TY zapłacisz około 75zł. Tyle będzie CIEBIE kosztować stworzenie jednej książki.

No to zagadka, za ile musiałbyś ją sprzedać, żeby wyjść na zero? tak na oko to... 225zł. Musiał byś sprzedać cały nakład w cenie 225zł za książkę, o ile udałoby ci się wyciągnąć na rękę to mityczne 33%.

I tu pierwsze pytanie. Kiedy dostaniesz takiego emaila od wydawnictwa i zapytasz ich o te koszta i potencjalne zyski, możesz być pewny jednego. To był ostatni. Już ci nie odpiszą.

Mijają miesiące i wciąż wysyłasz kolejne maile do wydawnictw znalezionych na sześćdziesiątych stronach google. Jeżeli są odpowiedzi to takie, a potem cisza.

I tutaj plot twist. JEDEN JEDYNY RAZ po wysłaniu maila z wątpliwościami co do zysków i kosztów, udało się otrzymać odpowiedź. Jak mniej więcej brzmiała?:
"Tak tego nie można liczyć, bo wydanie ksiażki to spełnienie marzenia i ludzie się cieszą, że mogą swoje dzieło w ręku trzymać. Realia są takie, że książki się nie przedają, niezależnie od ich jakości i wartości merytorycznych. Mniej niż 5% twórców zarabia na swoich książkach"

Tyle wysłanych maili, takie milczenie i wreszcie ktoś napisał prawdę. "Nam zapłać, my zarobimy, ty nie zarobisz"

Dobra, ale co z tą sprzedażą? Nic. Te wydawnictwa czasem delikatnie sugerują, że będziesz musiał samemu sprzedawać swoje książki. Używają malutkich sugestii typu "autor powinien wspierać promocję swojej książki". Ale na banerze wisi wyjebany napis, że przecież współpracują z najpotężniejszymi księgarniami.

Wydawnictwa u których miałbyś wydać swoją książkę, nijak nie promują, ani nie wspierają jej sprzedaży. Najlepszy tekst jaki widziałem brzmiał: "za kilka tys. zł. przez tydzień twoja książka będzie na jednym, ze slajdów na banerze naszej strony internetowej, a za kilkanaście tys. wyślemy maile do tych maili, które mamy zapisane w książeczce adresowej. A tych maili mamy kilkadziesiąt tys."

Wydawnictwa do tego stopnia nie wspierają książki, którą dla ciebie i na twój kosz wydadzą, że nawet maili o jej istnieniu nie wyślą potencjalnym kupującym. Ani nawet obrazka na baner nie wstawią. Za to trzeba zapłacić i to grubo. No co? Reklama dźwignią handlu :D

Potem dokopujesz się do informacji od Autorów, którzy już otarli się o wydawnictwa. Można nawet z nimi porozmawiać i popisać. Jak wygląda praktyka? Otóż tak, że za wszystko zapłacisz, oni ci to zrobią i wydrukują i zamkną w magazynie. Średnio na dwa lata. Co potem? Trzeba zwolnić miejsce i pewnego dnia do twoich drzwi zapuka kurier z paletą dwustu książek, na których przez następne lata będziesz spał. Kiedy zaczną cię wkurwiać opchniesz je do dyskontu gdzie będą leżeć w koszu z przeceną za pięć złotych i zarobisz swoje 33%. Albo raczej tyle procent, ile ma skurwolańska wódka z gówna.

Jaki z tego wniosek? Jebać! Zakasać rękawy i zrobić to samemu! (Co do Potężnych Ryżodawców, to profesjonalne wydanie będzie, ale zrobię to na własnych zasadach. Póki co jakby ktoś musiał mieć papier i chce wesprzeć te działania, zapraszam :)

Rękoczyn tutaj:
https://dzonyoperator.pl/products/potezni-ryzodawcy-papierowy-rekoczyn-bez-cenzury

Powrót do blogu

1 komentarz

Kiedy spotkanie z ałtorem (przypominam że nawet ałtoży i ałtorki z tik toka mają spotkanie z ałtorem a ty od nich jesteś lepszy)

MrBekon

Zostaw komentarz